LFC-Chelsea

Jeden wpis dla dwóch spotkań w dwóch innych rozgrywkach. Pierwsze starcie z Czelsi w środę 26.09.2018, zakończone wynikiem 2:1. Spuśćmy na to zasłonę milczenia, co? Wygrywać 1:0 drugim składem, z drugim bramkarzem i spierniczyć 1:2 – to boli. Aczkolwiek, jestem wśród tych, którzy do Carabao Cup nie przywiązuje większej uwagi. Liczy się Mistrzostwo Anglii i Liga Mistrzów. Nie zmienia to faktu, że sędzia-kalosz potraktował nas niesprawiedliwie. Faule, których nie ma, gole ze spalonego – o co kaman? Roman zapłacił, czy co??? Dobrze, że dziś full time grał Shaqiri – jestem z niego dumna, bo jest naprawdę dobry i choć może nie wychodzi mu tak jak chce, to jednak chłopak bardzo się stara i widać, że w przyszłości powinno wyjść z tego sporo fajnych sytuacji. Także stresik przed kolejnym meczem jest i to spory. Starcie Liverpoolu z Chelsea 3 dni później, czyli mecz Premier League. Mecz był jakiś toporny. Nie podobał mi się i bardzo mi smutno, że nie daliśmy rady zaprezentować się z lepszej strony. Jestem przekonana, że było nas stać na więcej. Ale thank God to Stu, bo ten chłopak jest geniuszem i moim idolem. To piękne i pokrzepiające, że nadal potrafi wchodzić z ławki i po chwili strzelać gola. To się świetnie ogląda, niemal tak dobrze, jak jest taniec radości 🙂 Marzył mi się większy show, ale ostatecznie, dobrze, że chociaż ugraliśmy ten remis. Przykro jednak, że Man City nas przegonił. Brakuje nam bramek. Gole, gole, Chłopcy!!!
Reklamy

Zaczynamy sezon!

I nadejszła wiekopomna chwila!

Sezon Premier League 2018/19 uważam za rozpoczęty!!!!!

Orgazm, nie??? (ja mam od wczoraj 😉 )

Lepiej wymarzyć, wyśnić się tego nie dało! Będę dziś nadużywać wykrzykników, bo mam do tego powody! Nasz pierwszy mecz był cudowny i to nie tylko ze względu na wynik (4-0!!!). Majstersztyk, który pozwala szczytować średnio co 15 minut, bo nawet bez bramek człowiek po prostu rozpływa się, dryfując po morzu spełnienia, delikatnie stąpając po tafli piłkarskiej poezji, niczym pewien długowłosy młodzieniec przez wodę 2k lat temu… Patrzysz na nogi tych facetów i czujesz ścisk podniecenia w żołądku, każdy ich ruch wydaje się sterowany przez siłę wyższą… I nagle zapominasz o tym, że z natury jesteś nihilistką suicydalistką, nagle chcesz żyć, a każdy centymetr kwadratowy twojego ciała zdaje się niemo krzyczeć „chwilo trwaj!” I nagle tak dosadnie czujesz sens każdego dnia, każdej minuty swojej nędznej wegetacji… I zapominasz, że jesteś antynatalistką, że kobieta kibic nie lubi dzieci, że nie chce ich mieć – teraz masz ochotę wyciągnąć z Kartonu Marzeń te wszystkie ciuszki, te śpioszki, koszulki, szlafrok dziecięcy i wyobrażasz sobie, że kiedy (nie) będziesz synkowi śpiewać do snu „Fields of Anfield Road” i „Heart as big as Liverpool”, opowiadać historię Liverpoolu, to na pewno któregoś wieczoru opowiesz też o TYM meczu, kiedy na powitanie sezonu rozjechaliście WHU 4-0!!!

Tak, właśnie tak kobieta kibicuje… Podziwia wzrokiem, sercem, umysłem, hormonami, nawet… dobra, dobra, przemilczę (ale mnie to naprawdę podnieca!!!) 😉 W każdym razie, rozpoczął się naturalny okres funkcjonowania od – do. Coś, o czym od lat mówiłam i co wielu osobom tłumaczyłam, powtarzając, że to Liverpool FC pomógł mi przetrwać skomplikowany okres dorastania, ciągłych chęci i kilku prób samobójczych i późniejszej dorosłości, w której czasem nie dawałam rady z dźwiganiem problemów. Odczuwany od wielu, wielu lat, w sumie od dzieciństwa bezsens istnienia, przekonanie o braku przyszłości – choć może piłka nie naprawiła mnie w zupełności, to jednak dowlekła mnie do 30-tki.

And so am I – at the beginning of a new season!!!
Więc oto jestem – na początku nowego sezonu!!!

Piłka nauczyła mnie lojalności i wiary w niemożliwe. Co prawda, nadal nie wierzę w siebie i w to, że warto cokolwiek robić, bo (przecież) nigdy nic nie wyjdzie, ale wierzę w to, że będę jeszcze kiedyś przez moment szczęśliwa.

Wiecie, który moment, prawda…?
Wierzę w Mistrzostwo Anglii, wierzę w jeszcze jeden 25.05,2005.
In Klopp I trust!!!
WIERZĘ W WYGRANE!!!

A co do meczu, bo wypada kiedyś dojść do meritum – wygraliśmy z West Ham United 4-0 (taki news, gdyby ktoś przeoczył wstęp).