Captain Fantastic skończył 38 lat…

Wczoraj Captain Fantastic obchodził 38. urodziny. Steven Gerrard. Ikona. Legenda. Legenda mojego życia. Najważniejszy i najcudowniejszy w mojej historii z LFC. Zaczynaliśmy niemal jednocześnie. I byliśmy razem do samego końca.

 

Nie mam czasu pisać, ponieważ pracuję. PRACUJĘ! (vide: post poniżej :-D) Chciałabym przekleić inny wpis, stworzony w odmiennych okolicznościach, ale dokładnie pokazujący, ile SG8 dla mnie znaczył.

Tylko muszę go najpierw znaleźć w czeluściach internetu…

Póki co, wracam do pracy, bo cały wieczór obchodziłam urodziny.

Stevena, rzecz jasna!

Reklamy

Still hurts…

Dorośli ludzie pracują. A przynajmniej powinni. Jestem dorosła. Ponoć od 12 lat (!!!). Pracuję. Tzn. pracuję, jeśli kibicowanie na to pozwala. Tzn. właśnie nie pracuję. Tj. ścigają mnie mailami, pospieszają, ZERO WYROZUMIAŁOŚCI dla cierpiącego kibica…

Zaczęło się w czwartek. PMS I, pre-match syndrome. Jak pracować, kiedy człowiek pełen nadziei, szalejący z radości, że jego ukochany Klub wreszcie gra w finale LM? Tak, od czwartku była euforia.

 

football-2698969_640Sobota. Chyba nie muszę tłumaczyć. Nie, wytłumaczę, ale nie tutaj. Na przeżywanie TEGO DNIA poświęcę inny wpis.

Ale nadszedł poniedziałek. Ten słynny już w mej rodzinie poniedziałek, kiedy to pierwszy raz w życiu (chyba) wstałam o 16:00 (szesnastej godzinie, cztery godziny po godzinie dwunastej w południe!). Pocieszające, że gdy wstałam, na telefonie czekała nieodebrana wiadomość od ojca mego. Informował, że czuje się jak po okropnym chlaniu. Takiego miał kaca, choć nic nie pił. Kac z rozpaczy. Kibic zrozumie. I chyba każda baba, bo jak nas weźmie na histerię, to możemy tak płakać przez całą noc, że obudzimy się odwodnione jak na kacu (4 real!).

W każdym razie, pojawił się PMS II, post-match syndrome. Największe k****stwo ever! Najpierw nie śpisz calutką noc. Ale na noce po meczu też poświęcę osobny wpis. Potem wstajesz i próbujesz żyć. No, próbujesz z całych sił! I nic. NIC. NIIIC.
Wstajesz, bo wiesz, że musisz pracować, ale przecież… Szczerze? Są same PRZECIEŻ. Setki argumentów, żeby nic nie robić, żeby nie myśleć o niczym, nie wysilić się. Więc wstajesz przez kilka godzin z marnym skutkiem. Odkrywasz się, przykrywasz, przestawiasz ten cholerny budzik o kolejnych 15 minut. I tak od 11:25. Aż w końcu… Pęcherz! Na szczęście, on nie rozumie, że przegraliście, więc musisz się w końcu odlać i wychodzisz spod kołdry.

F**k! Jak to 16:05??? Ale kto, jak, gdzie, dlaczego nikt mi nie powiedział?! (Udajesz panikę, robisz oczy kota ze Shreka, że nie chciałaś, że przepraszasz za swój brak kultury, że nie wiesz, co się stało – pewnie nerki masz chore, serce chore, niedobory snu z życia płodowego, niedotlenienie mózgu i dlatego tak zasnęłaś…).
Ale wstałaś. Heroine, k***a! Włączasz komputer. Będziesz pracować. Czytasz, o czym masz pisać, ale… Tym razem same ALE. Takie samo ch****two jak PRZECIEŻ.

„To może ja się jednak ubiorę, umyję… A najlepiej najpierw umyję, potem ubiorę”.
Babcia: „Dlaczego jeszcze nic dzisiaj nie jadłaś?”
„Zaraz. Właśnie o tym myślę, ale muszę coś najpierw zrobić.”
Yyy, que??? Nie wiem, co niby miałam zrobić. Ale przecież nie będę jeść po tym dramacie, a babcia wiele zrozumie, tylko nie ciągłe odmawianie jedzenia. No to robię COŚ. Np. gram na telefonie. Układam cyferki jedna na drugiej, żeby dojść do dwóch piętnastek. Nvmd. Kto nie gra, nie zrozumie. A czeeeej, miałam się umyć, ubrać i pracować! Aha. Ubrałam się jakoś przed 18:00.

Dziś jest środa. Od tamtej pory ubrałam się już 3 razy. I jadłam obiad, bo mi mama zrobiła. A babcia zrobiła śniadanie. We wtorek, o 14:40, gdy już łaskawie dupsko ruszyłam.

Pracuję, nooo…. Tylko powoli, bo mnie serce boli 😦 I martwię się o Salaha. I martwię się o Kariusa. I o Kloppa. I o Gerrarda, bo na pewno mu smutno. W ogóle to ja mam w sobie cholerne pokłady empatii i nie mogę pracować, bo boli mnie smutek wszystkich kibiców LFC. Ich ból mnie boli.

Poważnie… Jest środowy poranek. Kolejną noc spędziłam na oglądaniu (głównie tych samych) filmików na yt, śpiewaniu i wzruszaniu się. I na smutku.
Ja naprawdę kocham Liverpool FC ponad wszystko!
I naprawdę nie wiem, z jakiego powodu…:)

Keeping our heads up high

Stało się. Piękny sen zakończony. Nie będzie już kolejnego wspaniałego meczu, po którym w Czerwone serca wstąpi nadzieja taka sama, jak w 2014r., kiedy S&S&S rozniecali w nas wiarę w Mistrzostwo Anglii. Nie będzie.

I Mundial będzie teraz smakował jakoś inaczej. Zamiast czekać na piękno sportu, czekam na cokolwiek, co otrze łzy i natchnie mnie wiarą, że jesteśmy w stanie rozegrać drugi z rzędu, bardzo dobry sezon, który doprowadzi nas do finału LM.

Cholera, przykro mi. Starzeję się. Taki przełomowy rok, taka okropna starość, a wspomnienie 25.05.2005 blednie 😦 Całe szczęście, że jako kobieta-kibic, mogę legalnie płaknąć z rozpaczy ;( (ależ oczywiście, że nie mam nic przeciwko płaczącym mężczyznom! To oni sami mają coś przeciwko sobie)

Jak długo można ciągnąć na oparach po finale sprzed lat…?

Bo był taki sezon 2004/05. Za czasów Rafy Beniteza na stanowisku menedżera, za czasów Stevena Gerrarda jako kapitana najlepszego z najlepszych. Za czasów dream teamu, który doszedł do finału Ligi Mistrzów, w którym zmierzył się z AC Milanem. Był taki sezon, w którym finał LM rozpoczął się dla LFC bardzo kiepsko. Maldini, Crespo – próbowali nas upodlić. Wbili nam 3 gole i myśleli, że mają ten puchar w swoich rękach.

Tak bardzo się mylili…

Stevie G. dał sygnał do walki. Strzelił pięknego gola, po którym wykonał 3 ruchy rękami, podrywając resztę do gry. Potem Vladimir Smicer i Xabi Alonso z karnego… Dogrywka, która była jedynie odpoczynkiem przez karnymi. I karne. Te karne, które na stulecia przejdą do historii futbolu.

Jak baba kibicuje? Wtedy kibicowała na kolanach. Płakała, modliła się, niczym muzułmanka, niemal waliła głową w podłogę 🙂 I Jurek Dudek dokonał niemożliwego… Obronił strzał Szewczenki. Dudek Dance pozostanie epicka obroną karnych, a Liverpool pozostanie zwycięzcą Ligi Mistrzów 2005.

Pamiętam niemal każdą chwilę, bo setki razy przypominałam sobie ten mecz. Ale ponawiam pytanie: ILE MOŻNA…? Dajcie nam kolejnego kopa do życia… Teraz, gdy jest Jurgen, gdy mamy Salaha i Mane – pokażmy, że jesteśmy w stanie bez większych zmian, w obecnym składzie, dokonać kolejnego niemożliwego!

The Journey Begins

Cóż, nie chce mi się zmieniać tytułu pierwszego wpisu. Przenoszę jedynie stary blog, a wypada mieć coś powitalnego – więc niech będzie, że zaczynamy naszą podróż! Ze mną dowiecie się, jak kobieta kibicuje! Bo to, że nie lubimy piłki i mordobicia, to nie do końca prawda. Ja kocham oba te sporty. Albo i więcej niż oba, bo przecież teraz. poza boksem, jest jeszcze MMA. Zresztą, wrestling i zapasy też są spoko. I kickboxing też. Także „mordobicie” to jednak najwłaściwsze określenie całej tej kategorii sportów. Choooć, zapasy jednak może i nie…

Ale dobra, nie o liofilizowaniu (czy tam filozofowaniu) ma tu być!

Przechodząc do meritum, witam na pierwszym moim blogu, który ma szansę przetrwać. Próbowałam już prowadzić blog o życiu, drugi o życiu, o depresji i o seksie, ale max. 3 wpisy i zapominałam/nie miałam czasu/nie chciało mi się. Istnieje jednak coś, co na pewno nigdy mi się nie znudzi.

BABA KIBICUJE

Od 18 lat jestem kibicem piłkarskim i olimpijskim, od ponad 20 – kibicem bokserskim. Co w praktyce oznacza „jestem kibicem”? Dowiecie się w tym blogu.

I jasne, wiem, że niektórym mogą puścić zwieracze, bo jak tak można, kiedy dorosnę i w ogóle, co ze mnie za ludź, ale serio, mam to gdzieś. Kibicowanie to najpiękniejsze, co można w życiu mieć. I nigdy nie zdenerwuje jak człowiek 🙂

post