Losowanie grup LM

Działo się dziś, oj działo. A ja, staruszka, nie mogę na spokojnie pisać o emocjach i podnieceniach, bo muszę pracować. Jakie życie jest niesprawiedliwe :/ Jutro dokończę. Albo pojutrze. W każdym razie, naszym największym rywalem wydaje się być PSG, ale luz, na razie jeszcze kobieta kibic pełna wiary, że pokażemy Neymarowi jego miejsce. U fryzjera, tudzież manikiurzystki, nie?

Reklamy

UFC Fight Night 135

Jak kobieta kibic łączy kibicowanie z życiem osobistym? Książki można pisać. Ciężko jest, bo faceci jacyś mało wyrozumiali. W dodatku przesiew wstępny pozostawia zwykle tych zupełnie nie albo minimalnie interesujących się sportem. Jak już, to sami wolą uprawiać, tzn. chodzić na siłkę, albo w ogóle nie mają z nim nic wspólnego.
Ale kibicowanie jest sensem, szczęściem, motywacją, siłą – więc zawsze pozostaje na pierwszym miejscu.
A jak łączyć z kibicowaniem życie osobiste, to najosobistsze, to wewnętrzne, do którego nawet samce nie mają dostępu?

Kiedy życie wali się na łeb, jeszcze bardziej potrzeba kibicowania, żeby przywróciło sens i pokazało, że I’ll never walk alone.
A kiedy trzeba przystanąć i zastanowić się nad życiem? Właśnie to robię. UFC, drink, muzyka (UFC wyciszone, bo przecież widzę). Obecnie Alves vs. Krause. Alvesowi kibicuję. Załóżmy, że nie względu na brodę (yhy, no, na pewno). Ale Krause już krwawi, więc jak wygra, to się nie pogniewam.
W końcu, baba kibicuje sercem, a babskie serduszko nie lubi krewki…

Alves – Krause

No i Krause wygrał przez nokaut w 2. rundzie. Sędzia przerwał, ale… Hmm… No ja bym nie przerwała. Nie podobało mi się to :/ A James Krause ładny z buzi, tylko jakoś tak… Zarost marny, chudzieńki jakiś on cały…

[EDIT: Dobra, też bym przerwała…]

Anders – Williams

Płycizna myślowa schowana i nie oceniam na podstawie wyglądu (a kiedyś niby oceniałam?). Początkowo nie miałam faworyta, ale zaczynam przekonywać się do Williamsa. Choć to chyba nie fair, bo kibicuję lepszemu, a to takie mało humanitarne, mało moralne…
Właśnie, co jest ważniejsze w życiu? Pochylanie się nad słabszymi, współczucie, wrażliwość czy może jednak sprawiedliwość – zasłużył udaną walką, więc niech wygra?
Jakoś w połowie 2. rundy Anders zaczął sobie nieźle radzić. Williams trochę przesadnie próbował sprowadzić walkę do parteru a takie okręcanie się na plecach i wywijanie kulasami ani nie wygląda zbyt specjalnie, ani raczej nie jest punktowane przez sędziów. CHYBA.
No i jest wow. Pan Anders wygrał poprzez nokaut w ostatniej rundzie, w minucie 4:42. No wow. Gratki.

Moraga – Figueiredo

Trzecia z walk, które oglądam i na razie najdynamiczniejsza. Tak to ja lubię!
Z ewidentną dominacją Figuuu… Tego Brazylijczyka 🙂 dużo parteru, sporo prób dźwigni, niemało ciosów. Dzieje się…
Wygrał, znokautował Moragę, ale tak… aua 😦 Ja to jednak wolę nokauty dźwigniami. Na stare lata robię się przeciwniczką krwi.

Casey-Hill

Wreszcie damskie mordobicie. A ja się spóźniłam, bo mycie zębów zajęło mi dużo więcej czasu, niż zakładałam. Zapomniałam, że z rozwaloną gębą muszę wolniej i uważniej. Tak to jest, kiedy sięga się po plastikową łyżeczkę dla dzieci w wieku 30 lat. Kolejna nauka na przyszłość – dla dzieci oznacza, że dla dzieci.
A pojedynek, przynajmniej odkąd oglądam, wyrównany. Troszkę zachowawczy, nie ma wściekłych ataków. Aczkolwiek, Casey próbowała rzucać się na nogi i sprowadzić Hill do parteru, jednak się nie udało i walczą praktycznie tylko w stójce. Gdybym miała wybrać zwyciężczynię w 3 minucie 3 rundy, to uważam, że minimalnie Casey. Pokazali właśnie statystyki ciosów Casey wygrywa, ale nie zdążyłam zakodować w mózgownicy, o ile. Za to Hill się ożywiła i zaczyna mi się podobać jej walka.
Po ostatniej rundzie z niecierpliwością czekam na werdykt. Jak dla mnie, ostatecznie, wygrała minimalnie, bo minimalnie, ale Hill. Ostatnia runda była bardzo wyraźnie dla niej. Szkoda, że pierwszej nie widziałam.
Wygrała Casey, ale decyzją niejednogłośną.

Johnson-Fili

Już przysypiam… W dodatku dalej nie nadrobiłam pracy, bo wstałam, zjadłam coś, posiedziałam z siostrą, która pojawiła się pierwszy raz od kilku tygodni, potem mecz, potem coś zjeść, poćwiczyć, potem musiałam, naprawdę MUSIAŁAM obejrzeć okropniasty film na faktach o skrajnych psycholach (ale szukałam go przez 2 lata, więc MUSIAŁAM), no i UFC…

Ciężkie jest życie kibica i fana porąbanych filmów.

Walka dynamiczna od początku, ciekawa dla oka, ale nieprzysypiającego.

Dobre to, rozbudziłam się. Dobra walka dla podstarzałych dziewczynek mojego pokroju. Mocno zapaśnicze, nie leje się krew, a trzyma w napięciu i szala przechyla się z jednej na drugą stronę. Choć Fili tak wlazł Johnsonowi na plecy, że mogą to policzyć jako jego przewagę, bo praktycznie unieruchomił go i wyczerpał. Kibicuję Johnsonowi. Bez większego powodu, choć po 1. Rundzie np. dlatego, że tak dzielnie trzymał na sobie ludzką hubę.

Wygrał Johnson i ok, też bym tak zadecydowała. Choć Fili ma prawo czuć się nieco zawiedziony.

Tzn., jeśli chodzi o efektywność – Fili, bo prześladował i męczył, ale jeśli chodzi o efektowność – Johnson. Fili miał akcje, ale nie potrafił ich wykończyć i to go zgubiło. Za to Johnson może nie zachwycił inicjatywą, bo Fili zmusił go do skupienia się na obronie, ale ta obrona świetnie mu wychodziła. Wstał z nim na plecach i mimo ciężaru, wytrzymywał wysiłek. Potrafił wyzwalać się z mocnych uścisków i prób duszenia – szacun!

I jeszcze po walce Johnson prosił o modlitwę dla syna, który choruje na raka… Dobrze, że nie wiedziałam wcześniej, bo byłoby, że nie jestem obiektywna.

Gaethje-Vick

Main event. Jestem za Gaethje, ale nie wiem dlaczego. Bo to mój blog i mogę być, za kim chcę.
Yyyyyy… Nie wiem, co Gaethje ma w rękawicach, ale jednym ciosem w szczękę znokautował Vicka tak bardzo, że Vick raczej nie wie, gdzie jest. Zupełnie jakby na chwilę stracił przytomność.

Wow. Choć Vicka aż mi żal. Walka trwała 1:27.

Dobranoc.

Loris Karius na wypożyczeniu? Bramkowe rozkminy kobiety kibica

Loris Karius ma zostać wypożyczony do Besiktasu. Co o tym myślę? Że turecki to w uj trudny język, a angielski pewnie nie każdy tam zna. Niemiecki tym bardziej.

A tak na serio, to przykro mi. Baba kibicuje sercem, przecież. Kobieta kibic wybacza i wierzy do upadłego. Alisson? Kosztowna sprawa. Nie lubię takich drogich zawodników. I nie lubię być hipokrytką, a właśnie tak się czuję. Zawsze szydziłam z klubów, które wy(sala)ły grubą kasę na piłkarzy, zamiast skupić się na solidnym trenowaniu i budowaniu świetnej atmosfery, w której zawodnikom będzie się chciało dobrze grać. Śmiech mnie ogarniał na wieść o wywalonej kasie na Bale’a, Neymara, Suareza (jakby nie patrzeć, trochę za niego dostaliśmy, choć to w naszym interesie było, żeby nam nie pozagryzał ligowych rywali), CR7, Ibrę i paru innych. A tu Klop(s), bo my też szastamy kasą. A ja zagospodarowałabym ją inaczej. W pierwszej kolejności, Karius zamiast na wakacje, to by miał zakaz oglądania nawet Mundialu i 3 miesiące psychoterapii z najlepszymi specjalistami, gdzieś na odludziu, żeby go nic ani nikt nie dekocentrował. O, wiem! Mnisi buddyjscy. Jak świetnie działają na psyche, pokazała historia chłopców z tajskiej jaskini i ich trenera! I też piłkarze… (to na pewno jakaś wskazówka dla Lorisa!)

Mam na myśli to, że w moim wyidealizowanym świecie piłkarze chcą bardziej od kibiców i nie kasa ich motywuje, a uczucia wobec klubu oraz poczucie obowiązku wobec Drużyny – Drużyny,

czyli całego jej dotychczasowego dziedzictwa oraz KIBICÓW. Bo nam, k…a, coś się chyba należy, nie? Nie dostajemy za to kasy, a jesteśmy. Płaczemy, gryziemy ręce, rozwalamy pięści o ściany, wy(sala)my kasę na zakłady, na kibicowskie gadżety, niektórzy jeżdżą/latają na mecze, obijają sobie mordy w imię 126 lat historii, narażają życie, kiedy włoskie palanty robią zadymę, a panowie piłkarze chcą kasę, kasę, więcej, jeszcze więcej, bo inaczej to oni nie skupią się na kopaniu?* Serio? Jak wierne suki czekamy na zwycięstwa, kiedy nasz ukochany Klub latami nie dostaje się nawet do LM, a kiedy już się dostanie, do przesmyknie się niemal niezauważony. Czekamy na mistrzostwo kraju – niektórzy całe swoje życie (sorry, 1990 się nie liczy, bo miałam niespełna 2 lata i ni chu-chu nie paniałam rzeczywistości), a ci kolesie chcą kasę i ciągle więcej kasy? Nie. Ja bym pracowała na motywacją. A Loris motywację miał, tylko zabrakło sił psychicznych. Idę o zakład (jeszcze mi w krwi zostały po Mundialu), że gdybym ładnie go poprosiła, to by poszedł. Choć uważam, że i tak pewnie chodzi. Bo jednak ten finał… No właśnie, kobieta kibic nie ma mu za złe, ale za to cholernie się o niego martwi. Ja to bym go jeszcze za rąsię zaprowadziła na sesję terapeutyczną. A nie komuś pożyczała czy sprzedawała.

Ostatnim dojściem do finału Jurgen pokazał to, o czym mówił na początku. Kiedy do nas przyszedł i pytali Go o pierwsze zakupy, odpowiadał, że nie planuje żadnych większych, bo nie mamy złych zawodników i z tych, którzy są, próbował zrobić dobry zespół. Parę zmian było, bo wymusili je na nas m.in. tacy %#^&$% jak Sroutinho, potrzebowaliśmy też innego bramkarza, żeby… yyy… zyskać świeżość w bramce. Ale nie potrzebowaliśmy wywalić 67 MILIONÓW FUNTÓW, helloł!

I nie pomoże mu, że ma brodę. Not this time, baby. Kobiecość kobiecością, brodowy fetysz swoją drogą, ale do uja, Karius potrzebował dobrego psychoterapeuty, pracy nad nastawieniem, koncentracją, nad udźwignięciem presji w ważnych spotkaniach, a nie zastępcy!!! Ostatnio nie grał dobrze? Sorry, kto doprowadził nas do finału??? Potem się posypał? Owszem. A potem kibice zafundowali mu hejt jako lekarstwo. To tak, jakby sepsę leczyć arszenikiem.

Ok, wiem, rozumiem, że nie Alisson ustalał stawkę, ale litości, Jurgen, mein Schatz, cholera, nagle wszyscy czepiają się, że Karius wcale dobry nie był, bo wcześniej też robił błędy. A kogo obchodzą wcześniejsze błędy, skoro z nim na bramce dobrnęliśmy do finału? Potem nadeszła tragedia, owszem, ale ja bym pomyślała o inwestycji w jego psychikę, nie o nowym za gruby hajs.

Może się mylę, może Karius dalej popełniałby takie błędy, ale nigdy się nie dowiemy. Teraz będziemy mogli poczuć się jak prawdziwa szycha na dzielni – jak się rozbije, to przynajmniej Bugatti, a nie jakiś tam niemiecki Volkswagen…

Zaczynamy sezon!

I nadejszła wiekopomna chwila!

Sezon Premier League 2018/19 uważam za rozpoczęty!!!!!

Orgazm, nie??? (ja mam od wczoraj 😉 )

Lepiej wymarzyć, wyśnić się tego nie dało! Będę dziś nadużywać wykrzykników, bo mam do tego powody! Nasz pierwszy mecz był cudowny i to nie tylko ze względu na wynik (4-0!!!). Majstersztyk, który pozwala szczytować średnio co 15 minut, bo nawet bez bramek człowiek po prostu rozpływa się, dryfując po morzu spełnienia, delikatnie stąpając po tafli piłkarskiej poezji, niczym pewien długowłosy młodzieniec przez wodę 2k lat temu… Patrzysz na nogi tych facetów i czujesz ścisk podniecenia w żołądku, każdy ich ruch wydaje się sterowany przez siłę wyższą… I nagle zapominasz o tym, że z natury jesteś nihilistką suicydalistką, nagle chcesz żyć, a każdy centymetr kwadratowy twojego ciała zdaje się niemo krzyczeć „chwilo trwaj!” I nagle tak dosadnie czujesz sens każdego dnia, każdej minuty swojej nędznej wegetacji… I zapominasz, że jesteś antynatalistką, że kobieta kibic nie lubi dzieci, że nie chce ich mieć – teraz masz ochotę wyciągnąć z Kartonu Marzeń te wszystkie ciuszki, te śpioszki, koszulki, szlafrok dziecięcy i wyobrażasz sobie, że kiedy (nie) będziesz synkowi śpiewać do snu „Fields of Anfield Road” i „Heart as big as Liverpool”, opowiadać historię Liverpoolu, to na pewno któregoś wieczoru opowiesz też o TYM meczu, kiedy na powitanie sezonu rozjechaliście WHU 4-0!!!

Tak, właśnie tak kobieta kibicuje… Podziwia wzrokiem, sercem, umysłem, hormonami, nawet… dobra, dobra, przemilczę (ale mnie to naprawdę podnieca!!!) 😉 W każdym razie, rozpoczął się naturalny okres funkcjonowania od – do. Coś, o czym od lat mówiłam i co wielu osobom tłumaczyłam, powtarzając, że to Liverpool FC pomógł mi przetrwać skomplikowany okres dorastania, ciągłych chęci i kilku prób samobójczych i późniejszej dorosłości, w której czasem nie dawałam rady z dźwiganiem problemów. Odczuwany od wielu, wielu lat, w sumie od dzieciństwa bezsens istnienia, przekonanie o braku przyszłości – choć może piłka nie naprawiła mnie w zupełności, to jednak dowlekła mnie do 30-tki.

And so am I – at the beginning of a new season!!!
Więc oto jestem – na początku nowego sezonu!!!

Piłka nauczyła mnie lojalności i wiary w niemożliwe. Co prawda, nadal nie wierzę w siebie i w to, że warto cokolwiek robić, bo (przecież) nigdy nic nie wyjdzie, ale wierzę w to, że będę jeszcze kiedyś przez moment szczęśliwa.

Wiecie, który moment, prawda…?
Wierzę w Mistrzostwo Anglii, wierzę w jeszcze jeden 25.05,2005.
In Klopp I trust!!!
WIERZĘ W WYGRANE!!!

A co do meczu, bo wypada kiedyś dojść do meritum – wygraliśmy z West Ham United 4-0 (taki news, gdyby ktoś przeoczył wstęp).

 

Kobieta kibicuje… sercem kibicuje…

Tak, jestem kobietą i kibicuję. I jestem emocjonalna. I jak kolejny raz źle obstawiłam mecze Mundialu, jak kolejny raz zalałam się łzami, to przestałam prowadzić blog. Nie chciałam codziennie rozdrapywać pomeczowych ran. Cały Mundial kiedyś podsumuję, ale na razie nie mam na to ochoty. Mija już miesiąc od finału, a ja jeszcze nie nabrałam odpowiedniego dystansu. Cóż, zdarza się…

Ale, ale, ale…:) Mistrzostwa Europy w Lekkiej Atletyce!!!

Kurczę, genialni są ci nasi lekkoatleci!!!

Zaczęłam pisać ten post, kiedy mieliśmy 4 medale, ale postanowiłam nie dzielić go na wiele mniejszych, więc wszystko upchnę w jednym, następnym wpisie. W końcu świat jest przeludniony, przeładowany, więc miejsce trzeba oszczędzać…